Po zmierzchu wszystkie drzewa zdawały się być takie same. O tej porze jego bystry wzrok na nic się nie przydał. Intuicja podpowiadała mu jednak, że tutaj nigdy nie był. Nie wiedział czy to powód do radości, czy też nie.
W ciemnościach usłyszał wyraźnie szelest liści i stukot końskich kopyt. Miał nadzieję, że ich zgubił ale najwyraźniej był w błędzie. Musiał się ukryć. Wszędzie wyczuwał ściółkę i paprocie. Mógł jedynie paść na ziemię i mieć mnóstwo szczęścia by być niezauważalnym. Na domiar złego księżyc w pełni wyszedł zza chmur, oświetlając polanę, na której się znalazł. Uczuł, że nie ma innego wyjścia jak uciekać dalej, w dalszej drodze po omacku omijać drzewa i krzewy lub stanąć do walki, która z góry była przegrana, gdyż w pośpiechu opuszczając zamek, nie zdążył zabrać żadnej broni. Jedyne co miał przy sobie to amulet, który niegdyś dostał od matki. Zawsze nosił go w kieszeni. Amulet miał mu zapewnić szczęście. Ale jedyne jak dotąd szczęście jakie go spotkało to fakt, że żyje. Jeszcze.
Nogi miał jak z waty, jeszcze trochę i nie da rady. Jak bardzo zawzięci mogą być ludzie, którzy go ścigają? Uznali go za szpiega a przecież wcale nim nie był. Nie dali mu jednak szansy na wyjaśnienia, toteż nie miał innego wyjścia. Musiał uciekać ale zaczynało brakować mu na to energii.
-Daleko nie mógł zwiać! –usłyszał głos przywódcy jakieś 20 metrów za sobą.
Księżyc znów założył puchaty szlafrok, ciemność ponownie spowiła okolicę.
-Rozdzielmy się, każdy w inną stronę! Cokolwiek się poruszy zastrzelić, nie zadawać pytań! –ryczał Speriusz.
Konradowi przeszedł dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Wiedział, że to już koniec. Było tylko kwestią czasu, kiedy wreszcie go dorwą.
-Zabić szpiega! Zabić zdrajcę! –grzmiały groźne okrzyki hordy strażników. Niektórych z nich poznał już pół godziny wcześniej gdy w przypływie sił pokonał ich opór. Wiedział, że są bezwzględni i z chęcią wykonają polecenie swojego zwierzchnika jako rewanż za ten incydent stawiający ich w nienajlepszym świetle.
Spojrzał na niebo, chmury nieubłaganie sunęły po tarczy księżyca. Lada moment odsuną się i znów będzie jasno. Położył się płasko na ziemi, zaciskając palce na swoim szczęśliwym kamieniu. Oddech znów mu przyspieszył, serce zaczęło walić z całych sił. Miał wrażenie, że zaraz wyskoczy mu gardłem.
Od lasu dzieliło go zaledwie kilkadziesiąt metrów. Słyszał gdzieś konie, ich niespokojne oddechy, pokrzykiwania straży. Nie miał pojęcia jak wygląda jego sytuacja. Czuł się osaczony i bezbronny jak niemowlę. Czekał już tylko na cud albo śmierć, chociaż daleko mu było do chęci umierania. Był jeszcze młody, miał 23 lata i nie chciał w taki sposób żegnać się ze światem, jak jakieś zwierzę.
-Daleko nie mógł uciec –mruczał do siebie Speriusz, zaszedłszy z konia, który ciężko dyszał po tak dalekim biegu. Mężczyzna wziął swoją broń w postaci strzał i łuku. Niech tylko dorwie tego szpiega Konrada, zrobi
z niego jeżozwierza, zabije go. Pewnym siebie krokiem szedł w stronę polany.
Zaczął wiać wiatr i chmury szybko odpłynęły, ponownie zostawiając księżyc w pełnej krasie.
Miał wrażenie, że trwa tak już od wielu godzin. Bolało go wszystko włącznie z dłonią wciąż ściskającą amulet. Wyczuwał obecność Speriusza wyraźnie, nieomal że słyszał jego kroki. Nie mylił się co do tego, gdyż mężczyzna znajdował się zaledwie parę metrów za nim.
-Już po mnie –pomyślał ze zgrozą. Dał się zagonić w pułapkę. Trzeba było uciekać dalej, może by się udało. Teraz jest zdany na prawdopodobną niełaskę szefa straży. A to wszystko przez wyimaginowane podejrzenia. Gdyby tylko ktoś mógł go ocalić…
Miał tylko dwa wyjścia –ujawnić się teraz i zginąć lub czekać aż Speriusz sam się na niego natknie i zabije. Cokolwiek wybierze i tak zginie.
W przypływie straceńczej odwagi zerwał się z ziemi i rzucił do ucieczki. Nagle poczuł przeszywający ból w udzie, upadł z powrotem na ziemię.
-Już mi nie uciekniesz! –wrzasnął strażnik i w paru krokach był już przy nim –Jakieś ostatnie życzenie zdrajco?
-Nie jestem zdrajcą! –krzyknął, krzywiąc się z bólu i próbując wyciągnąć strzałę z nogi –To pomyłka.
-Dla kogo pracujesz? –zapytał, puszczając mimo uszu próbę negocjacji. Nigdy nie dawał za wygraną, dopóki nie uzyskał satysfakcjonującej odpowiedzi. Dla niego Konrad był szpiegiem i zdrajcą, a takich nigdy nie puszczał żywo.
-Dla nikogo, już mówiłem! –odparł rozpaczliwie ale w zamian za to kolejna strzała przebiła mu ramię.
-Kłamiesz łotrze! –warczał oprawca. Gotowy był do zadania kolejnej rany. Już z zawzięciem napinał łuk by strzelić w kolano, gdy nagle usłyszał czyjś głos dochodzący parę kroków zza jego pleców.
-Odłóż swą broń, dobrze ci radzę…
-Kim jesteś żeby mi rozkazywać? –zapytał ostro, w dalszym ciągu naciągając cięciwę z wycelowaną strzałą
-Nie ważne, po prostu zostaw tego człowieka
-Człowieka? –zadrwił, odwróciwszy się w stronę kobiety, która także celowała swoim łukiem ale w jego lewe ramię.
-To bydlęcie nie ma prawa do nazywania go człowiekiem, nie powinien żyć
-Nie ty decydujesz o tym kto ma żyć a kto nie. Powtarzam po raz ostatni, rzuć broń!
-Zmuś mnie –odparł zuchwale i odwrócił się do Konrada by oddać strzał. Nagle poczuł przenikliwy ból w ramieniu, łuk i strzała wypadły mu z ręki. Natychmiast jednak sięgnął po strzałę i z wściekłością rzucił się na przeciwniczkę. Ostatnie co dane mu było jednak widzieć to polana błyszcząca od blasku księżyca i kobieta, która go zabiła.
-W porządku? –zwróciła się do Konrada, upewniwszy się, że mężczyzna, który usiłował na nią napaść, jest martwy.
-Bywało lepiej ale dzięki za ratunek –odpowiedział zdumiony, widząc ją przed sobą w całej krasie.
Miała długie rude włosy, które opadały jej na ramiona w postaci fal. Lśnienie księżyca sprawiało, że wyglądała jak w magicznej aurze.
-Nie ma za co.
-Dlaczego to zrobiłaś?
-Sama nie wiem… Może dlatego, że nie mogę patrzeć jak ktoś znęca się nad bezbronnymi? A może nie powinnam? –zapytała z uśmiechem. Nie odpowiedział.
Pomogła mu wstać. Czuł straszny ból w zranionych kończynach.
-Jestem Irina.
-Konrad. Mogę zadać jeszcze jedno pytanie?
-Proszę
-Kim jesteś?
Nastąpiła chwila ciszy. Tylko wiatr z szumem poruszał drzewami.
Nie był pewien czy mu odpowie. Może to pytanie było w jakiś sposób niewłaściwe?
-Wierzysz w magię?
-Nie specjalnie
-Tak czy nie?
-Nie.
-A więc nie zrozumiesz –odparła poważnie. Najwidoczniej nie spodobała jej się ta odpowiedź.
-Zatem spróbuję zrozumieć. Powiedz proszę
-W porządku. Jestem Królową Lasu. Pilnuję by ludzie tacy jak ten –skinęła głową w stronę zwłok –nie panoszyli się po moich włościach.
Skwitował ruchem głowy.
-A ty kim jesteś i czego chciał ten mężczyzna?
-Jestem lub raczej byłem doradcą króla. On, czyli szef straży, uznał mnie za szpiega i chciał zabić. Gdzieś tu jeszcze muszą być inni strażnicy, powinniśmy uważać…
Z trudem dotarli do konia, który należał do Speriusza. Ruszyli ciemnym lasem do siedziby Królowej.
Może ten amulet na prawdę przynosi szczęście?
~~~~~~~~~~~~~~
Opowiadanie inspirowane w pewnym stopniu odcinkiem serialu 'Merlin'. Napisałam je we wrześniu, gdy byłam chora. Z braku możliwości innego zajęcia udało mi się wtedy wymyślić tą historię.
Aktualne tło jest po raz niezliczony poprawione, zmienione, jak tylko się da. Dajcie znać czy wreszcie da się czytać bez bólu oczu ;)
Pozdrawiam i życzę Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku, bo zapewne wstawię tu coś dopiero w przyszłym roku

Czyta się przyjemnie i bez bólu oczu :)
OdpowiedzUsuńCiekawy i wciągający blog. Pozdrawiam.
Dobrze się czyta, dobrze ;) I miałam nadzieję, po kilku chwilach napięcia, że Konrad nie zostanie postrzelony :D Ale ogólnie chwała amuletowi :D
OdpowiedzUsuńDa się, da się!
OdpowiedzUsuńFajnie się czyta! Bardzo lubię Twój styl pisania :))
OdpowiedzUsuńzapraszam do mnie :
onlymomcanjudge.blogspot.com
:*