W ich małżeństwie od dawna nie układało się najlepiej.
Wyjazd w miejsce, w którym narodziła się ich miłość miał przyczynić się do
złamania kryzysu a późna jesień wydawała się odpowiednią porą.
Słońce chyliło się ku zachodowi a do pamiętnego hotelu, w którym się poznali,
zostało jeszcze niecałe sto kilometrów.
-Myślisz, że to nam pomoże? –zapytała z powątpiewaniem.
-Nie wiem ale warto spróbować. Czytałem, że większość par, które wracają tam, gdzie spotkały się po raz pierwszy, odbudowują swoje relacje.
-Nie musieliby niegdzie jechać gdybyś się bardziej starał –odburknęła, zakładając ręce.
Za szybami przewijały się pola i lasy. Słońce chyliło się ku zachodowi, oblewając krajobrazy złocistymi promieniami. Mimo to w samochodzie panowała napięta atmosfera.
Zacisnął palce na kierownicy. Nie chciał by znów zaczęła się kłótnia.
-A czy właśnie się nie staram?
-Bo ty myślisz, że jak przeczytałeś jakiś durny artykuł to to wystarczy.
Wydęła jeszcze bardziej usta.
-No i widzisz jak to z tobą jest. Usiłuję coś naprawić a ty jak zwykle mi utrudniasz –już podniósł głos ale się pohamował. Powrócił do spokojnego tonu. Podniósł rękę z kierownicy, na której pojawiły się wgniecenia po uścisku.
-Chrys, nie przypominasz mi już tej kobiety, którą poślubiłem –westchnął, kładąc jej rękę na udzie ale natychmiast strąciła ją nagłym ruchem nogi.
-Może to dlatego, że ty nie przypominasz już tego mężczyzny, za którego wyszłam.
-To powiedz co twoim zdaniem się we mnie zmieniło?
W odpowiedzi usłyszał tylko pomruk, przypominający głębokie chrząknięcie.
Przez chwilę panowała cisza.
-Jesteś uciążliwy –skwitowała.
Słońce zaszło za horyzont, pozostawiwszy pomarańczowy blask. Od południa zaczęły nadchodzić ciemne chmury zwiastujące burzę.
-Pogoda się kiepści –zauważył.
-Jak zwykle mamy pecha –mruknęła gdy spadły pierwsze krople deszczu.
-No trudno.
Znowu musiał być optymistą, przeciwwagą dla ostatnio wiecznie czarno widzącej, już prawie ex żony. Wprawdzie też nie podobała mu się wizja jesiennej szarugi w tak ważnym momencie ich życia ale nie mógł dać tego po sobie poznać.
Zaczęło gęsto padać, widoczność na drodze zmalała do minimum. Musiał włączyć długie światła. Jechali teraz asfaltową, polną drogą, wycieraczki na przedniej szybie szalały, z trudem zbierając wodę.
Nagle monotonię jazdy przerwał wybiegający, nie wiadomo skąd, czarny kot. Nastąpiło gwałtowne hamowanie wraz z okrzykami paniki. Na mokrej, śliskiej nawierzchni samochód zatańczył jak na lodzie, robiąc półobrót. W ostatniej chwili udało się zapanować na pojazdem, zanim stoczył się do rowu.
-Cholerny kot! –krzyknął ze złością ale spojrzawszy na Chrys odebrało mu mowę.
Trzymała się za twarz, spomiędzy jej palców zaczęła wyciekać strużka krwi.
Jak zwykle nie zapięła pasów –pomyślał przerażony.
-Odezwij się, nic ci nie jest?
-A jak myślisz? –syknęła, odsłaniając twarz. Miała rozbity nos.
-Ile razy ci mówiłem, że masz się zapinać? Po to ktoś wymyślił pasy!
-Nie wrzeszcz teraz na mnie, tyko rusz tyłek po apteczkę!
Lało niemiłosiernie. Żałował, że nie był ostrożniejszy ale kto mógł się tego spodziewać? Przecież w promieniu co najmniej pięciu kilometrów nie ma ani jednego domu, więc skąd ten zwierzak się wziął? I nawet nie próbował uciec przed samochodem. A te oczy…
To nic takiego, wszystko może się zdarzyć.
Aż zadziwił się swoimi przemyśleniami ale od razu zdrowy rozsądek przypomniał mu idź po apteczkę.
Niechętnie wygramolił się z samochodu. Już po paru sekundach był cały mokry.
Żona jest dla niego teraz najważniejsza.
Wszystko przez tą pogodę.
Otworzył bagażnik. Pełno tu było walizek i toreb. Aby dotrzeć do apteczki wszystko będzie musiał wystawić na ten mokry asfalt. Przeklął się w duchu za zostawienie najważniejszej rzeczy zupełnie na dnie. Ale wtedy nie myślał, że może się przydać. Woda strużkami lała się z głowy, włosów. Wodospad.
Rzucił jej na razie suchy ręcznik żeby nie poplamiła tapicerki.
Wystawił pierwszą walizkę. Była ciężka ale ta największa jeszcze leżała parę warstw pod.
Coś zobaczył kątem oka. Przykuło jego uwagę, jakby poruszenie. Zwidy. Machnął ręką. Ale spojrzał raz jeszcze. W oddali pojawiło się coś jasnego, jakby obłok. Woda napływała mu do oczu. Nie mógł ocenić czy to właśnie przez nią mu się coś widzi. Skarcił się za to uczucie niepokoju ale zmysły podpowiadały mu, ze stanie się coś złego. Coś gorszego.
Znalazł drugi ręcznik i otarł twarz. To i tak syzyfowa praca.
-Co ty tam u licha robisz?! –zawołała ze złością. Ostatnio dość często podnosiła głos. Sam nie wiedział dlaczego ona taka się stała i dlaczego on chce próbować coś osiągnąć, skoro wszystko wskazywało na to, że oddalili się od siebie bezpowrotnie. Mimo to nadal ją kochał. Dlatego nie chciał by odeszła.
-Toć przecież szukam!
Poczuł nagły dreszcz. Nie wiedział czym to spowodowane i nie spodziewał się, że zaraz się dowie.
Usłyszał przewracającą się torbę, w momencie gdy wyciągał inną. Odwrócił się i… zdrętwiał.
Tuż za nim stała biała postać, wokół której pojawił się dym, zupełnie taki jak ten powstający z suchego lodu. Ulewa zdawała się nie przeszkadzać oparom. Osoba miała na sobie długą damską koszulę nocną do kostek, spod której wystawały kościste stopy. Była chuda i sprawiała wrażenie szkieletu powleczonego skórą. Na jej rękach prześwitywały kości. Najstraszniejsza w tym upiorze była głowa lub raczej jej brak. Zwisała z szyi na cienkim, zakrwawionym płacie skóry. Jej oczodoły były puste, wydzielała się stamtąd jakaś podobna do krwi substancja. Skóra wyglądała jak po oparzeniu. Jak stopiony wosk, oblepiający czaszkę i parę kęp długich zapewne niegdyś blond włosów.
-Mój kotek –wyszeptały zdeformowane usta.
Stał jak sparaliżowany, nieopanowany strach unieruchomił jego ciało i ścisnął za gardło. Mógł tylko przyglądać się z zapartym tchem. Nie wierzył w to co widzi.
Wreszcie zamknął oczy.
Spojrzał jeszcze raz. Zjawa zniknęła.
Z trudem wypuścił powietrze. Chyba wyobraźnia płata mu figle. Tak wyraźnych halucynacji nigdy nie miał, nawet gdy był nawalony.
Co to było?
Zakrył twarz rękoma, przegarniając wodę. Zrobił kilka głębokich wdechów.
Powrócił do przerwanej czynności, gdy tuż po tym jak odwrócił się od bagażnika znowu zobaczył ją. Stała teraz o krok od niego. Gdyby tam miała głowę, poczułby jej oddech, zapewne cuchnący zgnilizną.
Upuścił walizkę z hukiem na asfalt. Już miał krzyknąć ale coś odebrało mu dech w piersi. Poczuł się słabo jak nigdy dotąd. Nie wiedział jak to się stało, że droga tak szybko znalazła się przy jego twarzy. Na chwilę jeszcze po raz ostatni zobaczył coś białego a potem wieczną ciemność.
-Myślisz, że to nam pomoże? –zapytała z powątpiewaniem.
-Nie wiem ale warto spróbować. Czytałem, że większość par, które wracają tam, gdzie spotkały się po raz pierwszy, odbudowują swoje relacje.
-Nie musieliby niegdzie jechać gdybyś się bardziej starał –odburknęła, zakładając ręce.
Za szybami przewijały się pola i lasy. Słońce chyliło się ku zachodowi, oblewając krajobrazy złocistymi promieniami. Mimo to w samochodzie panowała napięta atmosfera.
Zacisnął palce na kierownicy. Nie chciał by znów zaczęła się kłótnia.
-A czy właśnie się nie staram?
-Bo ty myślisz, że jak przeczytałeś jakiś durny artykuł to to wystarczy.
Wydęła jeszcze bardziej usta.
-No i widzisz jak to z tobą jest. Usiłuję coś naprawić a ty jak zwykle mi utrudniasz –już podniósł głos ale się pohamował. Powrócił do spokojnego tonu. Podniósł rękę z kierownicy, na której pojawiły się wgniecenia po uścisku.
-Chrys, nie przypominasz mi już tej kobiety, którą poślubiłem –westchnął, kładąc jej rękę na udzie ale natychmiast strąciła ją nagłym ruchem nogi.
-Może to dlatego, że ty nie przypominasz już tego mężczyzny, za którego wyszłam.
-To powiedz co twoim zdaniem się we mnie zmieniło?
W odpowiedzi usłyszał tylko pomruk, przypominający głębokie chrząknięcie.
Przez chwilę panowała cisza.
-Jesteś uciążliwy –skwitowała.
Słońce zaszło za horyzont, pozostawiwszy pomarańczowy blask. Od południa zaczęły nadchodzić ciemne chmury zwiastujące burzę.
-Pogoda się kiepści –zauważył.
-Jak zwykle mamy pecha –mruknęła gdy spadły pierwsze krople deszczu.
-No trudno.
Znowu musiał być optymistą, przeciwwagą dla ostatnio wiecznie czarno widzącej, już prawie ex żony. Wprawdzie też nie podobała mu się wizja jesiennej szarugi w tak ważnym momencie ich życia ale nie mógł dać tego po sobie poznać.
Zaczęło gęsto padać, widoczność na drodze zmalała do minimum. Musiał włączyć długie światła. Jechali teraz asfaltową, polną drogą, wycieraczki na przedniej szybie szalały, z trudem zbierając wodę.
Nagle monotonię jazdy przerwał wybiegający, nie wiadomo skąd, czarny kot. Nastąpiło gwałtowne hamowanie wraz z okrzykami paniki. Na mokrej, śliskiej nawierzchni samochód zatańczył jak na lodzie, robiąc półobrót. W ostatniej chwili udało się zapanować na pojazdem, zanim stoczył się do rowu.
-Cholerny kot! –krzyknął ze złością ale spojrzawszy na Chrys odebrało mu mowę.
Trzymała się za twarz, spomiędzy jej palców zaczęła wyciekać strużka krwi.
Jak zwykle nie zapięła pasów –pomyślał przerażony.
-Odezwij się, nic ci nie jest?
-A jak myślisz? –syknęła, odsłaniając twarz. Miała rozbity nos.
-Ile razy ci mówiłem, że masz się zapinać? Po to ktoś wymyślił pasy!
-Nie wrzeszcz teraz na mnie, tyko rusz tyłek po apteczkę!
Lało niemiłosiernie. Żałował, że nie był ostrożniejszy ale kto mógł się tego spodziewać? Przecież w promieniu co najmniej pięciu kilometrów nie ma ani jednego domu, więc skąd ten zwierzak się wziął? I nawet nie próbował uciec przed samochodem. A te oczy…
To nic takiego, wszystko może się zdarzyć.
Aż zadziwił się swoimi przemyśleniami ale od razu zdrowy rozsądek przypomniał mu idź po apteczkę.
Niechętnie wygramolił się z samochodu. Już po paru sekundach był cały mokry.
Żona jest dla niego teraz najważniejsza.
Wszystko przez tą pogodę.
Otworzył bagażnik. Pełno tu było walizek i toreb. Aby dotrzeć do apteczki wszystko będzie musiał wystawić na ten mokry asfalt. Przeklął się w duchu za zostawienie najważniejszej rzeczy zupełnie na dnie. Ale wtedy nie myślał, że może się przydać. Woda strużkami lała się z głowy, włosów. Wodospad.
Rzucił jej na razie suchy ręcznik żeby nie poplamiła tapicerki.
Wystawił pierwszą walizkę. Była ciężka ale ta największa jeszcze leżała parę warstw pod.
Coś zobaczył kątem oka. Przykuło jego uwagę, jakby poruszenie. Zwidy. Machnął ręką. Ale spojrzał raz jeszcze. W oddali pojawiło się coś jasnego, jakby obłok. Woda napływała mu do oczu. Nie mógł ocenić czy to właśnie przez nią mu się coś widzi. Skarcił się za to uczucie niepokoju ale zmysły podpowiadały mu, ze stanie się coś złego. Coś gorszego.
Znalazł drugi ręcznik i otarł twarz. To i tak syzyfowa praca.
-Co ty tam u licha robisz?! –zawołała ze złością. Ostatnio dość często podnosiła głos. Sam nie wiedział dlaczego ona taka się stała i dlaczego on chce próbować coś osiągnąć, skoro wszystko wskazywało na to, że oddalili się od siebie bezpowrotnie. Mimo to nadal ją kochał. Dlatego nie chciał by odeszła.
-Toć przecież szukam!
Poczuł nagły dreszcz. Nie wiedział czym to spowodowane i nie spodziewał się, że zaraz się dowie.
Usłyszał przewracającą się torbę, w momencie gdy wyciągał inną. Odwrócił się i… zdrętwiał.
Tuż za nim stała biała postać, wokół której pojawił się dym, zupełnie taki jak ten powstający z suchego lodu. Ulewa zdawała się nie przeszkadzać oparom. Osoba miała na sobie długą damską koszulę nocną do kostek, spod której wystawały kościste stopy. Była chuda i sprawiała wrażenie szkieletu powleczonego skórą. Na jej rękach prześwitywały kości. Najstraszniejsza w tym upiorze była głowa lub raczej jej brak. Zwisała z szyi na cienkim, zakrwawionym płacie skóry. Jej oczodoły były puste, wydzielała się stamtąd jakaś podobna do krwi substancja. Skóra wyglądała jak po oparzeniu. Jak stopiony wosk, oblepiający czaszkę i parę kęp długich zapewne niegdyś blond włosów.
-Mój kotek –wyszeptały zdeformowane usta.
Stał jak sparaliżowany, nieopanowany strach unieruchomił jego ciało i ścisnął za gardło. Mógł tylko przyglądać się z zapartym tchem. Nie wierzył w to co widzi.
Wreszcie zamknął oczy.
Spojrzał jeszcze raz. Zjawa zniknęła.
Z trudem wypuścił powietrze. Chyba wyobraźnia płata mu figle. Tak wyraźnych halucynacji nigdy nie miał, nawet gdy był nawalony.
Co to było?
Zakrył twarz rękoma, przegarniając wodę. Zrobił kilka głębokich wdechów.
Powrócił do przerwanej czynności, gdy tuż po tym jak odwrócił się od bagażnika znowu zobaczył ją. Stała teraz o krok od niego. Gdyby tam miała głowę, poczułby jej oddech, zapewne cuchnący zgnilizną.
Upuścił walizkę z hukiem na asfalt. Już miał krzyknąć ale coś odebrało mu dech w piersi. Poczuł się słabo jak nigdy dotąd. Nie wiedział jak to się stało, że droga tak szybko znalazła się przy jego twarzy. Na chwilę jeszcze po raz ostatni zobaczył coś białego a potem wieczną ciemność.
Nie wiedziała dlaczego już od dziesięciu minut nie wraca.
Nie słyszała też aby grzebał w bagażniku. W ogóle jakby rozpłynął się w
powietrzu.
-Jake do diabła, produkujesz to?! –zawołała, tym razem zaniepokojona.
Rozbity nos przestał już krwawić ale apteczka nadal była jej potrzebna.
Czy na tego faceta nigdy nie mogę liczyć?
Nie była zadowolona, że też musi wyjść, pogoda nie zachęcała do wydostania się z suchego wnętrza.
Zabrała ze sobą latarkę, którą wyciągnęła ze schowka. Przez otwarte drzwi wlał się potok. Zapięła sweter jakby miał ją ochronić przed czymkolwiek.
Zza samochodu ukazała się połowa bagażu.
-Jake? Jesteś tam? –zapytała jeszcze raz niepewnie.
-Jake do diabła, produkujesz to?! –zawołała, tym razem zaniepokojona.
Rozbity nos przestał już krwawić ale apteczka nadal była jej potrzebna.
Czy na tego faceta nigdy nie mogę liczyć?
Nie była zadowolona, że też musi wyjść, pogoda nie zachęcała do wydostania się z suchego wnętrza.
Zabrała ze sobą latarkę, którą wyciągnęła ze schowka. Przez otwarte drzwi wlał się potok. Zapięła sweter jakby miał ją ochronić przed czymkolwiek.
Zza samochodu ukazała się połowa bagażu.
-Jake? Jesteś tam? –zapytała jeszcze raz niepewnie.
Im bardziej wychylała się zza auta, tym była bardziej przestraszona
ale to co poczuła chwilę później, nie mogło się równać jakiemukolwiek uczuciu
jakiego doznała kiedykolwiek, nawet gdy straszyli ją starsi bracia.
Najpierw zobaczyła nogi. Wszędzie rozpoznałaby te znoszone adidasy, które kupiła mu na jedną z pierwszych rocznic. Potem dostrzegła resztę ciała.
JAKE!! Krzyknął jej umysł ale struny głosowe nie mogły wydobyć z siebie dźwięku. Zasłoniła usta rękoma, wreszcie z gardła zaczął się wydobywać jednostajny krzyk. Poczuła mdłości, zakręciło jej się w głowie.
Upadła na kolana tuż przy bezgłowych zwłokach męża.
Myślała, że najgorszy widok ma za sobą…
Najpierw zobaczyła nogi. Wszędzie rozpoznałaby te znoszone adidasy, które kupiła mu na jedną z pierwszych rocznic. Potem dostrzegła resztę ciała.
JAKE!! Krzyknął jej umysł ale struny głosowe nie mogły wydobyć z siebie dźwięku. Zasłoniła usta rękoma, wreszcie z gardła zaczął się wydobywać jednostajny krzyk. Poczuła mdłości, zakręciło jej się w głowie.
Upadła na kolana tuż przy bezgłowych zwłokach męża.
Myślała, że najgorszy widok ma za sobą…
~~~~~~~~~~~~
-Halo, policja? Jestem na drodze 66…
20 kilometrów na północ od Fresh
Springs, na środku drogi stoi jakiś
samochód, obok dwa ciała… bez głów.
Chyba była
jakaś
rzeź.
Cholernie nieprzyjemny widok…
Coś czuję, że powinnam wszystkich przepraszać na kolanach. Blok założony w lipcu a tylko jedna notka aż do teraz. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie ale mam nadzieję, że tym opowiadaniem Wam to wynagrodziłam chociaż trochę...
Starałam się by było straszne i pasowało na Halloween. Mam nadzieję, że mi się udało :>













.png)



A myślałam, że to mnie się nie wyświetlają Twoje posty i próbowałam przez komputer i telefon wchodzić na Twojego bloga... Ehh...
OdpowiedzUsuńNie obchodzę Halloween, ale to opowiadanie było... dobre. ;) Mam nadzieję, że nie będą mi się po nocach śnić bezgłowe upiory. -.- Jeśli tak, to Cię znajdę i nastraszę w nocy, muahahaha! :D
Zdjęcia oczywiście też super. :)
_________________
pisane-atramentem.blogspot.com
Myślałam że to opowiadanie będzie banalym romansem......ale jednak się pomyliłam. Opowiadanie świetne. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńhttp://anima-viliss.blogspot.com/
Wyszło Ci super ;)
OdpowiedzUsuńZapraszam:
unnormall.blogspot.com
bardzo ciekawie piszesz, wiec dodawaj wiecej notek;3
OdpowiedzUsuńPS. jeśli chodzi o nazwe mojego bloga to tak myslalam , ze niektórzy będą oczekiwać czegoś z zespołem Korn ;3 o ja po prostu skróciłam swoje imię (Kornelia) ;d
Straszne te obrazki ale za razem fascynujące *.* Masz dryg do pisania!:)
OdpowiedzUsuń